EWOLUCJA
człowiek nazywa
drzewo dom
człowiek nazywa
ładnie źle
człowiek nazywa
miłość strach
człowiek nazywa
wariat grzech
wtedy nazywam
drzewo dom...
HOLOCAUST
pamiętam tylko jedno życie
pamiętam echo czyichś kroków
jakby nie było w tamtym domu
nic poza ziarnem niepokoju
pamiętam zorzę nad kominem
głowy kościołów nadgryzione
pamiętam lustro...albo słońce
pamiętam ptaka co w nim spłonął
pamiętam tyle ile zmieści
wyschnięta śliwka w pestce gniewu
pamiętam że nie chciałam wierzyć
lecz skąd pamiętam
tego nie wiem
JEDNA
wrosła
między piątą klepkę parkietu
a bliznę płaczącego sufitu
spokorniała
co wieczór liczy paciorki różańca
i całuje smutnego Chrystusa
z aluminium
odsuwa nietknięty talerz
powoli
oswaja
cień
który
liże
jej
splecione
dłonie
***
kurczę się
na szybie zamarzł szept
niespokojnie przeglądam słowniki
w puste miejsca wpisuję
co rusz
wykrzykniki
wyginam się
jeszcze nie płacz
nie szept...
nie krzyk
nie noc
niemoc
MNIEJ KAMIENIA
mam wyłamane ręce
oglądam się – szelest
to nic
tylko skrzydła rosną
u ramion
mam wyłamane ręce
nie dlatego że drżą
gdy się ciemna kuna
chciwie przygląda
żywym wciąż ustom
już mniej we mnie kamienia
zamieszkałam w Babilonie
i ogród wiszący
spowiadam
OMNIA BENAFICJA (I)
bez mocy rzucił mnie w lament i płakanie
bym bez końca poznał Jego oblicze
z nocy wyłaniając dobroczynną dłoń
przygarnął mnie – garść suchej ziemi
jeszczem nie wiedział czyje słowa
wiatr powtarza
ptak i woda
jeszczem nie słyszał do kogo
łany szumią
i owies złoty dzwoni w dolinie
nie znałem takiej ciszy
która pod Jego dotykiem
stała się wokół
ale serce mi przemienił
gdym Go wołał na kolanach
błagając
o nowe życie
ale dał moc
która jemu przynależy
i odtąd staliśmy się
jednym
OMNIA BENEFICJA (II)
w pamięci gubią się
mądre słowa
wzrok mętnieje z czasem
traci cenę
mężne czyny odchodzą
i ich bohaterowie
na równi człowiek i drzewo
upadają pod ciosem
tak samo podniosą się
od Jego chwały
by śpiewać nieskończoność
jeśli zaufały
***
przez krótki oddech
moje zadziwienie
że tyle nieba dajesz mi
choć grzeszysz
że nagle bramą ust
obawa
schyliła ku nam
rudą głowę słońca
aż każdym skrawkiem
spalonego ciała
poczułam życie
jak się we mnie tłucze
od zatracenia
do wybuchu światła
***
stanę przed sądem
powiem:
nie wiem czy rzecz tę
uznacie za okoliczność łagodzącą
ale u szczytu naiwności
chciałam nauczyć gołębicę
ciągnąć furmankę
z kradzionym węglem
***
udawałam
udawałam wszystko
tak naprawdę zamiast serca
mam smutnego świątka
a usta lgną do ciepła
bo to bure koty
a ręce – pisklęta
dopiero co wyklute
a oczy to szpiegowskie kamery
-cóż za imitacja łez!
ja cała jestem podzielona
dlatego udawałam
że należę do ciebie
***
umarliśmy już dawno
umieraliśmy razy tyle
z każdym dniem życia
rośniemy w siłę
jakby nas niebo nie chciało
tak stworzonych
musimy ciągle zmieniać
twarze miejsca domy
iskrzy w nas gwiazda
i pcha nas do siebie i zabiera
umarliśmy już dawno
i będziemy umierać
***
wierni – niewierni
mokre buty suszą
na zapieckach
bo lubią zapach pieczonej gumy
nie robią
kłopotów Panu Bogu –
przyjemność wszak
jest rzeczą ludzką
a i dzwony
pociąga za sznury
gruba ręka kościelnego
żaden tam
Duch Święty
WIOSNA
pobłogosławił
dał siłę
natchnął
wszystko dawno temu
od zawsze
z piętnem jego ładu
wychodzą
z ciemnej kruchty
zielone kiełki –
misterium narodzenia
później je
ręką – wiatrem
ręką – pszczołą
ugłaszcze
zakołysze...
znów uśpi
ZANIM POCZĄTEK...
z największego serca
może zostać groszek
nim znów da początek
z najtrwalszego szczęścia
może zostać garstka
skrzydło Feniksa drżące
ZAPATRZENIE (I)
......pisać.....
to dnia nie widzieć
wiersz do wiersza
zaklinać
wypaczać półprawdy
zadane nam
przez wieki
podglądać osobiście
czego inni nie widzą
myśli nie dopuszczać
raczej słuchać się
ręki
w oknie przestać południe
stukać do Boga
o spokój
pisać
- wiedzieć że się nie da
oderwać od świata
oczu
ZAPATRZENIE (II)
budzik go nie spłoszył
nie ocknął się
nie ziewnął
śni mu się jakaś
piękna ONA
tak bardzo jakaś
i tak bardzo ONA
że snu od niej
nie może oderwać |